Kategorie: Wszystkie | aktualne | egzystencjalne | polityczne | społeczne | studenckie
RSS
wtorek, 07 czerwca 2011
Spójrz za siebie

Stosunek do świata i życia wśród ludzi zawsze będzie taki sam. Będą marudzić, uśmiechać się i płakać z życia jakie mają. Faktem jest, że punkt widzenia, zależy od odniesienia, czyli naszego miejsca siedzenia. Jednak aż się prosi o przyłożenie łopatą niektórym „nieszczęśliwym”. Wiem, że idealnie nigdy nie będzie i że do tego po prostu się dąży. Że nawet jeśli jest się wysoko to sufitu nie będzie nigdy- wiem. Ale czasem warto byłoby pokusić się o refleksję nad rzeczywistym stanem swojego krzesła. Taki już ten świat jest, że niewidzialnym staje się wszystko to co mamy, ale na miłość boską, naprawdę warto to dostrzegać. Nie tylko dlatego, że przy stracie docenimy wartość, ale też po to, żeby być świadomym swojego miejsca w szeregu tego świata. Wszyscy wiedzą, że w Afryce są biedne dzieci, że rozprzestrzeniają się choroby i dochodzi do przeróżnych patologii, przez co w tym szeregu stoją dalej. Ok., tylko Afryka mało kogo przekonuje swoją tragedią, bo już się wszyscy do niej przyzwyczaili. Gdyby przejść się wzdłuż tego umownego szeregu nie tak daleko od nas, to można by zobaczyć, że „przesrane życie” to dopiero może być. Zauważyć, że brak stu złotych do komputera, czy sukienki jest żartem wobec dziecka, dla którego 10zł jest zbawieniem. Dostrzec, że mama, która cały czas marudzi o ten pieprzony porządek w pokoju, czy kuchni jest cudowna, w porównaniu do tej, której w domu nie ma i nigdy nie będzie. Wreszcie zauważyć, że możliwość chodzenia do tej gównianej szkoły na własnych nogach to skarb, bo ktoś inny do niej w ogóle nie trafi. I jasne, że mama nie przestanie nas denerwować, lekcje będą nudne, a te 50zł się przyda, ale przed następnym „jak mi źle…;/” pomyśl o tym, że masa ludzi chciałaby mieć tak samo źle jak ty.
Stoję w grupie osób, mówiących „cholera, mam świetne życie”. Jednak przy zderzeniu z ludźmi obok mnie, którym pomnik za życia należy się za to co przechodzą, włącza się kontrast z tymi, od których usłyszę„jak długo jeszcze nikogo sobie nie znajdę?”.
Oczywiście, że nie da się przez cały czas: „to super, że wszystko tak fajnie się pieprzy.”, ale krótka refleksja na temat swojego miejsca w szeregu, albo raczej tych miejsc z tyłu nie zaboli. I podarowanie sobie myśli w stylu „co to za życie”, bo takie to ono dopiero może być.

Stosunek do świata i życia wśród ludzi zawsze będzie taki sam. Będą marudzić, uśmiechać się i płakać z życia jakie mają. Faktem jest, że punkt widzenia, zależy od odniesienia, czyli naszego miejsca siedzenia. Jednak aż się prosi o przyłożenie łopatą niektórym „nieszczęśliwym”. Wiem, że idealnie nigdy nie będzie i że do tego po prostu się dąży. Że nawet jeśli jest się wysoko to sufitu nie będzie nigdy- wiem. Ale czasem warto byłoby pokusić się o refleksję nad rzeczywistym stanem swojego krzesła. Taki już ten świat jest, że niewidzialnym staje się wszystko to co mamy, ale na miłość boską, naprawdę warto to dostrzegać. Nie tylko dlatego, że przy stracie docenimy wartość, ale też po to, żeby być świadomym swojego miejsca w szeregu tego świata. Wszyscy wiedzą, że w Afryce są biedne dzieci, że rozprzestrzeniają się choroby i dochodzi do przeróżnych patologii, przez co w tym szeregu stoją dalej. Ok., tylko Afryka mało kogo przekonuje swoją tragedią, bo już się wszyscy do niej przyzwyczaili. Gdyby przejść się wzdłuż tego umownego szeregu nie tak daleko od nas, to można by zobaczyć, że „przesrane życie” to dopiero może być. Zauważyć, że brak stu złotych do komputera, czy sukienki jest żartem wobec dziecka, dla którego 10zł jest zbawieniem. Dostrzec, że mama, która cały czas marudzi o ten pieprzony porządek w pokoju, czy kuchni jest cudowna, w porównaniu do tej, której w domu nie ma i nigdy nie będzie. Wreszcie zauważyć, że możliwość chodzenia do tej gównianej szkoły na własnych nogach to skarb, bo ktoś inny do niej w ogóle nie trafi. I jasne, że mama nie przestanie nas denerwować, lekcje będą nudne, a te 50zł się przyda, ale przed następnym „jak mi źle…;/” pomyśl o tym, że masa ludzi chciałaby mieć tak samo źle jak ty. Stoję w grupie osób, mówiących „cholera, mam świetne życie”. Jednak przy zderzeniu z ludźmi obok mnie, którym pomnik za życia należy się za to co przechodzą, włącza się kontrast z tymi, od których usłyszę„jak długo jeszcze nikogo sobie nie znajdę?”. Oczywiście, że nie da się przez cały czas: „to super, że wszystko tak fajnie się pieprzy.”, ale krótka refleksja na temat swojego miejsca w szeregu, albo raczej tych miejsc z tyłu nie zaboli. I podarowanie sobie myśli w stylu „co to za życie”, bo takie to ono dopiero może być.

życie 

niedziela, 24 kwietnia 2011
Czy święta trzeba przetrwać?

To nie będzie wpis poradnikowy, o tym, czego unikać a co jest wskazane w celu bezbolesnego przetrwania świąt- absolutnie. Będzie o tym, że sam fakt przetrwywania (przepraszam za kolokwializm, mam problem z odmianą) świąt to jakiś kompletny absurd. Od początku, święta są przede wszystkim po to, żeby a) uczcić religijne wydarzenie b) spędzić czas z rodziną c) odpocząć (wybrać/połączyć według własnych upodobań). W każdym razie żaden z tych punktów nie wiąże się z potrzebą przetrwania świąt. Święta są od tego, żeby odżyć, odpocząć, nie myśleć, ochłonąć. Jeśli jeszcze przed ich rozpoczęciem jest problem z tym, że rodzina, że posiłki, że rozmowy, że spęd, że sztywno to błagam, może lepiej w ogóle sobie odpuścić i nie sprawiać sobą problemu innym. Innym z powodów niechęci do świąt jest kwestia tego, że wszyscy je obchodzą i przeszkadza to zwłaszcza tzw. podprądowcom. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku w moim przekonaniu jest to porywanie się z motyką na słońce. I może rzeczywiście lepiej sobie w ogóle odpuścić. Na spacerze dziś widziała pana, który będąc na swojej działce w zupełnie nieświątecznych spodniach i kapeluszu kopał łopatą ziemię. Zatem może właśnie takie postawienie się tyłem do świąt do najlepszy sposób? Przecież fakt, nie każdy musi być spięty tą duszną atmosferą.

Jeśli myślę o przetrwaniu świąt to w moim przypadku wiąże się to jedynie z przetrwaniem w walce z czyhającymi na każdym kroku żarłocznymi potworami. I chociaż podobno właśnie od tego są one- święta, to jednak w tym roku 1:0 dla mnie w tym starciu.

Mokrego poniedziałku :)

sobota, 23 kwietnia 2011
Odroczone oblicze śmierci

Święta takie, które skłaniają, czy może powinny skłaniać, do refleksji nad śmiercią. Tym razem własną. Śmierć idzie w parze z życiem, ale ludziom z nią nie po drodze. Jeśli szukać w dzisiejszych czasach czegoś pewnego to śmierć aż się o to prosi. Dlaczego nie możemy jej oswoić, jeśli każdy etap naszego życia jest normalny- czemu ten ostatni jest taki obcy? Będzie miał rację ten, kto powie, że dzieje się tak, ponieważ za mało się o niej mówi, że jest niewygodna, nie do końca nam pasuje, jest tematem tabu. Stoimy więc w miejscu, w którym wypieramy tą oczywistość zupełnie tak, jak gdybyśmy bali się, żeby może jej nie obudzić. Albo myślimy, że skoro i tak nastąpi to nasze przemyślenia na jej temat niczego nie zmienią, co rzeczywiście jest prawdą. Czyli podsumowując, paradoksalnie wobec śmierci nie ma zupełnie żadnego znaczenia to czy o niej myślimy czy nie. Jeśli mogę ją na moment ożywić to stwierdzę, że ona ma to gdzieś, zupełnie nie obchodzi jej to, czy o niej myślimy, czy nie.

Więc co? Produkuję się po to, żeby na końcu uznać, że wszystko jedno czy śmierć jest przemyślana, czy nie? Oczywiście, że nie. Bo fakt tego co wyżej nie ma nic wspólnego ze znaczeniem śmierci w trakcie życia i jej oswojeniem. Można na przykład tak. Śmierć w ogóle jest czymś bardzo nierzeczywistym- nieprzyjmowalnym, czymś na co nie można się przygotować, więc paniczny lęk przed nią nie ma sensu. Lepiej żyć i po prostu w odpowiednim momencie odejść. Tak po prostu, bo skoro przemyślenia nic nie dają, to żyjmy tak jakby końca miało nie być. Inaczej byłoby tak, że śmierć jest non stop obok nas, może się zdarzyć teraz albo dużo później, nie jest zaplanowana, zdarza się po prostu. Jest jej to obojętne. W takim układzie najgorszą byłaby śmierć przypadkowa, skoro każdy ma szanse przeżyć tyle samo, to śmierć przypadkiem byłaby trudna do przełknięcia, choć po jej nastąpieniu to i tak chyba bez znaczenia. Trudno natomiast wyobrazić sobie to, że nie ma nas wśród osób, z którymi teraz współżyjemy. Że świat będzie nadal istniał, że tylko w bardzo minimalnym procencie coś się na chwilę zatrzyma. Że przeminiemy, bo nieobecni głosu nie mają. Że będziemy pamiętani, ale wszystko musi iść dalej bez nas. Że czas zatrzyma się tylko dla nas, dla niektórych trochę się spowolni, ale będzie płynął i z czasem wróci to do jako takiej normy. Że tam będzie coś albo skończy się wszystko.

wtorek, 12 kwietnia 2011
W obliczu śmierci. Śmierci podwójnego oblicza.

10 kwietnia rok temu doszło do śmierci kilkudziesięciu osób, ważnych dla krajów, każdy Polak wiedział co się stało. Tragedia, coś niewyobrażalnie wielkiego, bezsprzecznie. Nawet jeśli ktoś emocjonalnie tego nie czuł, to poczucie przyzwoitości nakazywało szacunek dla sytuacji. Pisząc o emocjonalnym poczuciu, mam na myśli, emocje narodowe, społeczne, tych osobistych rodzin nie wolno z nimi łączyć.

Oblicze emocji

W aspekcie emocjonalnym było to niezrozumiałe, niemożliwe, nie do przyjęcia i rok później nadal takie jest. Gdyby spróbować natłok tego wszystkiego, co prawda jednego wydarzenia, ale wszystkiego co się z tym wiąże spróbować podzielić na mniejsze części to i tak byłoby to coś niesamowitego. Weźmy na przykład śmierć samego Prezydenta lub Pary Prezydenckiej. Byłaby katastrofa? Byłoby mocno? Owszem. Jeśli ktoś ma wrażenie, że odrywam się od rzeczywistości to się nie myli, mam świadomość nierzeczywistości o której pisze. Takiego wydarzenia nie można pokroić, podzielić, niczym tortu, wiem. Tylko chcę przedstawić ten absurd, który się zdarzył. To, że całość tego jest zbyt duża i nie można nad nią przejść do porządku dziennego i przyjąć ot tak. Dlatego zostało to spakowane do pudełka, przez które siłą rzeczy emocje były bardziej odległe.

Oblicze nienawiści

Nie można mówić o jakichkolwiek granicach przyzwoitości, dobrego smaku, czy szacunku. To co zaczęło wyłazić z „prawdziwej Polski” przeszło granice, tfu, miało nie być o granicach, przeszło więc wszelkie pojęcie. Nad niedomkniętym pudełkiem rozpoczął się chocholi taniec, potem wokół niego a wszystko to w niczym nie przypominało szacunku, pamięci, czy godności. Doprowadziło to do sytuacji, w której osoby mające wyłącznie szacunek dla tego zdarzenia poczuły zupełną niechęć. Jaki więc mamy efekt działań prawdziwych patriotów tego kraju? Pamięć o tej katastrofie została zniszczona.

 

Tylko trzeba pamiętać, że to pudełko stoi, jest i zawsze będzie. Wejście do niego będzie się wiązało z powrotem do emocji sprzed roku. Swoją drogą, tytuł wpisu kilka dni po katastrofie był zupełnie nieświadomy wobec tego co się teraz dzieje. Zrozumieć tego się już nie da i przyznaję, że odczuwam swoje ograniczenie wobec tego zjawiska. Cieszy jednak fakt, że jest to mniejszość, margines, który jak każdy jest widoczny. Napisałam o nim, bo kłuje mnie po oczach, ale więcej się tym zajmować nie będę.

poniedziałek, 01 listopada 2010
Liść opadł, przyszedł listopad.

Lubię zaczynać, początki są bardzo ciekawe. Poniedziałki, poranki i wszelkie inne. Każdy pierwszy dzień miesiąca, mimo tego. Nie mogę powiedzieć, że nie lubię tego dnia, choć niesie on ponurą łunę, aż do imienin Andrzeja, hacząc o 11 listopada. Wiem, dlaczego 1. nie tańczymy, ale nie zrozumiem nigdy, dlaczego pozytwne święto, świętuje się na ponuro. Może dlatego, że jest w listopadzie? Nie chcę pójść za daleko w filozofię, ale może jest zależność i wzajemny wpływ między ponurością listopada, a świętem narodowym w Polsce? Gdybym miała z palca wyssać prognozę pogodę na najbliższych 30 dni powiedziałabym o chłodzie i deszczu proponując słuchaczom odszukanie parasoli i rękawiczek. W 25 dniu mam imieniny, ale to nic nie zmienia, nawet jeśli byłoby mi go szkoda, z powodu marnego losu, to i tak pozostanie najmniej lubianym, jak smutny chłopiec w podartych spodniach stojący w kącie.

Niesie się pogłoska, żeby ślubu nie brać w miesiącu bez "r". Niech to diabli, że nawet tej głupiej litery nie posiada! Jestem ostatnia, która wzięłaby to za prawdę, ale gdyby ktoś mnie spytał, czy się sprawdza, musiałabym odpowiedzieć, że tak.

czwartek, 27 maja 2010
M jak maj

Wszystko już pięć, albo i sześć razy wróciło do normy, ale ten spory odstęp między ostatnim a tym wpisem nie jest spowodowany ewentualną żałobą trzymaną do tej pory, a brakiem tematu i chęci zabrania się, jeśli jakiś przyszedł do głowy.

Dziś postanowiłam z powodu rocznicy matury (w sensie miesiąca), zamiast dmuchać jej świeczkę, przypomnieć nieskromnie swój tekst.

„Matura przez duże M”

Matura jest ‑przereklamowana. Otoczka zrobiona przez społeczeństwo wokół niej sprawia, że rzeczywiście większość z maturzystów daje się na to nabrać. Według niej maturzysta to inny człowiek. Musi się inaczej odżywiać, żeby mózg lepiej pracował, rodzina musi się specjalnie z kimś takim obchodzić, powinien być odciążony z dotychczasowych obowiązków (ta opcja jest nawet do przyjęcia, pod warunkiem, że rodzina dała się nabrać). Taki ktoś powinien dużo przebywać na świeżym powietrzu, chodzić do kościoła (niby nie pomoże, ale co odmodlone, to jego), unikać stresu, nie oglądać telewizji (wolno Fakty i TVN24, jeśli pisze maturę z wosu), zrezygnować z Internetu. 

W zasadzie nie wiadomo kiedy się rozpoczyna taki człowiek. We wrześniu trzeciej klasy liceum ? Nie żartujcie, gdyby nie deklaracja maturalna z terminem do 30 września, nikt by nawet o niej nie wiedział, może oprócz nauczycieli, którzy w czerwcu zostaną rozliczeni z wyników swoich uczniów (niech uciekają ci, których uczniowie śmieli nie zdać. Słupki zdawalności matury szkoły lecą w dół, a w ubiegłym roku było tak ładnie). W każdym razie nie jest to jeszcze czas, w którym maturzysta musi się zdrowo odżywiać i robić wszystko co napisałam wyżej. 

Pierwszym etapem, który kończy pewną wolność jest Boże Narodzenie. Do tego czasu raczej wszyscy biegają za ocenami na świadectwo, bo podobno w drugim semestrze nauczyciele przepisują oceny i dają więcej luzu (niektórzy pewnie tak robią). Więc do tych świąt jest jeszcze w miarę spokojnie, po powrocie do szkoły już wchodzimy na pierwsze piętro napięcia, ale dla większości jest ono tak niskie, że wcale niewyczuwalne, więc żeby zmobilizować tych ludzi, którzy w maju przystąpią do egzaminu maturalnego pojawia się hasło ‑Po feriach to wam się skończy, nic się naturalnie nie kończy a jedynie pojawia się kolejne ‑Jeszcze tylko rekolekcje i zobaczycie, potem ma się zjawić Wielkanoc, podczas której u wszystkich ludzi, przygotowujących się do matury, w domu pojawią się zamiast jajek i króliczków: politycy, neutrony, stos lektur, tablica Mendelejewa, bitwa pod Grunwaldem, mapy klimatyczne świata, pojęcia względności i innych fizycznych pierdół oraz gramatyki języków obcych (do wyboru w zależności od preferencji maturalnych).

Po powrocie do szkoły z wiosennych świąt w szkołach panuje już atmosfera maturalna, ale tylko dlatego, że do końca roku szkolnego zostało półtora tygodnia i nie można już rzucić żadnego hasła. Osoba kończąca szkołę staje się maturzystą i jeśli dotąd tego nie uczyniła, może a nawet powinna się zabrać za naukę (Dyrektor CKE w wywiadzie do ‑Perspektyw powiedział, że trzy tygodnie przed maturą jedyne co maturzyści mogą zrobić to iść do teatru lub dać na nowennę- pozdrawiam Pana Dyrektora) 

W ostatni dzień szkoły maturzyści bawią się w idiotów i dobrze, wszyscy to lubią, więc jest fajnie. Ludzie na ulicy są wyrozumiali, przecież wiedzą, że niedługo i tak czeka ich ta nieuchronna chwila matury, więc niech chociaż na chwilę zapomną o tej tragedii. Powiedzmy, że na tydzień przed w gazetach można znaleźć poradniki jak obchodzić się z gatunkiem maturzystów, skoro ktoś tam napisał, że powinni jeść czekoladę, to czemu nie kupić kartonu takiemu delikwentowi, na pewno nie zaszkodzi, a czy pomoże to nieważne, ważne, że tak się przyjęło. 

Przyszedł czas Matury. Pierwszy polski. Spekulacje jaki artysta zaszczyci tegoroczny arkusz maturalny trwają. O godz. 8:30 wchodzą wszyscy po kolei na salę, mają mieć dowód, tylko jeden i czarny długopis, mogą być dwa. Pięć minut przed dziewiątą delegacja idzie do sejfu dyrektora po arkusze, nie są otwarte, przecieku nie było. Teraz trzeba wpisać pesel, nakleić naklejkę, pisać co kto umie, a jak nie umie, to niech też pisze, cokolwiek, byle w klucz trafić.
Następne dni są już inne, jedni siedzą na sali i piszą, inni siedzą w domu i powinni się uczyć. 

Elementem, który towarzyszy maturze jest egzamin ustny, też wszechobecny stres, ale inny, tutaj maturzysta wstydzi się jeśli mówi o dupie Maryni, jak na pisemnej o niej napisze, to egzaminator, pomyśli, że to anonimowy idiota, ale jeśli w kluczu tak było, to zaliczy. Wracając do ustnego. Maturzysta wchodzi, mówi przez piętnaście minut o czymś, co powinno zainteresować komisję, wychodzi i czeka na wynik. Po ostatnim egzaminie maturzysta przestaje nim być. W czerwcu kiedy przychodzą wyniki tylko on pamięta, że była.

niedziela, 18 kwietnia 2010
pozwól na ciszę

Ilekroć w ostatnim tygodniu zaczynałam coś pisać, tyle samo razy kończyłam na niczym. A czytając pierwsze zdanie ostatniej notki uznawałam, że tym razem utonęłabym w oceanie banału. Bo co tu napisać? O tym co się stało każdy wiedział, ewentualny komentarz był zbędny, bo bardzo szybko wszystko zostało powiedziane. O tym co będzie też bez sensu, bo trudno było sobie wyobrazić, że będzie cokolwiek. A teraz tak, bo z każdą mijającą godziną maleje bagaż emocji.

W pierwszej chwili, gdy usłyszałam: samolot, prezydent, to szczerze mówiąc pomyślałam, że prezydent na pewno przeżyje. Tak jakby sam fakt jego pozycji był przepustką do przeżycia w takich sytuacjach. W tym samym momencie (chociaż to wszystko było w jakiś ułamkach sekund) pomyślałam o premierze, bo w sumie był trzy dni temu w Katyniu, lądował na Smoleńsku, ale może na polskie obchody też chciał się udać i może tam był, ale nie było go.  W momencie informacji o śmierci całej załogi poczułam jakby we mnie uderzył samolot szoku, a po usłyszeniu kolejnych nazwisk, poczucie ograniczenia mojego umysłu, który jakby mówił, że taka sytuacja jest nieprzewidziana w jego przewodach przez co nie może być przyjęta. I tak też było. Chyba do wtorku.

Musiałam być w mieście po tej informacji. Idąc ulicą patrzyłam na ludzi i myślałam, że „pewnie większość z Was jeszcze nie wie”, miałam ochotę stanąć wyżej i krzyknąć „Hej, zawróćcie, zginął prezydent”, tylko dokąd tu iść? Więc szłam, a co jakiś czas słyszałam „To był jakiś duży samolot”, „Zginęli wszyscy”, więc jednak ktoś już wie. Wracając pod kościołem na moim osiedlu było już kilkanaście samochodów i wisiała niestandardowa liczba flag na wielu domach. W telewizji pierwszy raz zobaczyłam takie reakcje dziennikarzy, którym drży głos i nie wiedzą co ze sobą zrobić. Zobaczyłam relacje z pod Pałacu Prezydenckiego, pod którym w krótkim czasie zebrało się wielu ludzi. Wtedy jeszcze nie była ogłoszona żałoba, ale chyba nie musiała być. Bo nikt o nic nie pytał, nikt nikomu niczego nie kazał, wszyscy wszystko wiedzieli.

To prawda, że nagle prezydent zaczął się dużo częściej uśmiechać, czule gładzić żonę po głowie, być wspaniałym ojcem, wykształconym człowiekiem, patriotą z wizją połączonego kraju, kroczącego według wspólnej idei. Ale nie pamiętam, żeby ktoś wcześniej mu tego odmawiał, ponieważ przede wszystkim był prezydentem i oceny jego funkcji były najbardziej znaczące. Trudno oczekiwać od mediów, że będą przypominać „Spieprzaj dziadu!” i „Małpę w czerwonym”, bo to nie ten czas, może już taki czas nie nadejdzie i więcej tego prezydenta nie zobaczymy, a może już nikt nie chce go oglądać, może nikt nie chce pamiętać. Nie czuję się oszukana przez media, które umówiły się, że wykreują złego prezydenta i nabiorą na to cały kraj. A teraz ujawniają skrywaną prawdę. Po prostu zmienił się, „kontekst”. Nie byłam polityczną fanką jego prezydentury, krytykowałam go, ale nie uważam tego za dostateczny powód, żeby nie móc czuć pustki po prezydencie i żalu, albo może smutku po tym co się stało. Nie łączyła mnie żadna więź z prezydentem, ale czuję się związana z Polską, na której stał czele. I będąc tą, która nie głosowała na niego (nie tylko dlatego, że nie mogła) jako PREZYDENTA- POLITYKA, będę mówiła, że był CZŁOWIEKIEM, który zasługuje na mój szacunek, pamięć i słowa pochwały nie czując przy tym hipokryzji, jakkolwiek to brzmi.

Ponadto

- Nie potrafię sobie wyobrazić ogromu tragedii rodzin i bliskich ofiar.

- Jestem dumna, nie myśląc co będzie, gdy żałoby nie będzie

- Cieszę się z reakcji świata, bo tylko pozornie wydaje się normalna.

- Będzie mi brakować komentarzy i słów niektórych z nich.

 

 

piątek, 02 kwietnia 2010
5 lat wstecz

Jakby nie zacząć i czego by nie napisać trudno nie oprzeć się o banał. Ale chyba na pewno nie można nie spróbować, nawet jeśli bezsens wydaje się nieunikniony.

Właściwie każdy wie, że nic nie trwa wiecznie, ale jednak każdy miał nadzieję, że może w tym wypadku będzie inaczej. Ale nie było. Nigdy jeszcze ludzie nie mieli do czynienia z czymś takim, a jednak trudno było odnieść wrażenie masowego banału. Tak jakby byli umówieni, że w razie czego to wszyscy się równo zachowamy. Było cicho, ale cisza ta mówiła ludzkim głosem, próbowała mówić, bo nikt inny nie potrafił. Nikt nie myślał co będzie, bo stanął jak w próżni, jakby nic nie było, a przecież było jak co dzień. Człowiek był wyjątkowy, więc i świat zachował się wyjątkowo inaczej. Stanął, zastanawiając się czy ma dokąd iść. Bo gdzie by nie poszedł to i tak nic nie zmieni. Więc stał tak jeszcze przez chwilę. A potem poszedł dalej. I trudno oczekiwać, żeby stał przez pięć lat w jednym miejscu i tyle czasu nie wiedział co robić. On wtedy nie udawał, wszystko było prawdziwe, ale wiecznie trwać nie mogło. I żal tylko, że już więcej tak nie stanie. Bo więcej człowieka takiego nie będzie.

Nie będzie, ale trudno powiedzieć, że go nie ma. Myślę, że jeśli kiedyś go nie będzie, to będzie to dużo później. Teraz jest za wcześnie, doświadczenie próżni wydaje się być całkiem świeże. Czas nie sprawił, że jest lepiej, nie pokazał świat, że poszedł całkiem w inną stronę, chcąc uniknąć zła, które było. I choć wtedy miał nadzieję, że od teraz będzie zupełnie inaczej, to nie jest. Ale nigdy wcześniej nie myślał, że stać go na taki letarg. A było.

sobota, 27 marca 2010
I cóż, że...

http://www.kurierlubelski.pl/opinie/komentarze/237484,byly-kandydat-na-kandydata-radek-sikorski,id,t.html

I co z tego, że jesteśmy jednomyślni?

Co z tego, że taka niska frekwencja?

Co z tego, że przegrał lepszy?

Co z tego, że pięć kolejnych lat będziemy czekać?

W końcu co z tego, że nie będziemy iść dalej?

Otóż nic, nic się nie zmieni. Może troszkę, ale co z tego.

 

poniedziałek, 22 marca 2010
Kto zwycięży w weekend?

Platforma stoi przed wyborem swojego kandydata na prezydenta, a właściwie jest w jego trakcie. Kandydatów na kandydata jest dwóch: Bronisław Komorowski, obecny marszałek sejmu i Radek Sikorski, minister spraw zagranicznych.

Dopiero 1,5 tys. Członków Platformy Obywatelskiej oddało głos, ale już teraz z wypowiedzi polityków, specjalistów wynika, że większość murem stoi za obecnym marszałkiem. Najnowszy sondaż Millward Brown SMG/KRC dla TVN24 przeprowadzony wczoraj wskazuje, że także Polacy wolą marszałka. Pewnie dlatego, że jest taki nasz, tradycyjny, polski. Taki trochę dziadek, trochę uśmiechnięty wujek, który zawsze weźmie na kolano, taki swojski chłop, który z każdym się dogada i wytłumaczy „jak krowie na rowie”.

A Radek? On jest kimś więcej, kimś za dużo. Taki niepolski, europejski, nie utożsamia się z naszym krajem bardziej niż pierwszy opisany, na jego nie korzyść działa też fakt tego, że wcześniej należał do opozycyjnej partii (PiS), co dla pewnie wielu członków rządzącej partii ma znaczenie. Marszałka droga, jak sam on podkreśla, „jest prostą drogą polityczną” i jeszcze żona, która nie jest Polką. Niby żaden argument nie jest tak do końca istotny, ale po co kombinować jak można po prostu.

Ale zostawmy to, gdyby wyjść z takiej prostej rywalizacji jeden na jednego, to można by zauważyć, że gdyby najpierw kandydatem, a potem prezydentem został Radek Sikorski to byłby to krok do przodu naszego kraju. Nie muszę przecież przypominać, że będzie on współpracował z obecnym premierem, bardzo dobrym premierem i gdyby na czele tego państwa stał duet Tusk- Sikorski to mielibyśmy realną szansę na dojście przyśpieszonym krokiem do miejsca, do którego zmierzamy. Wyjście z naszego podwórka na realne światowe forum. To prawda, że już teraz jesteśmy bliżej, niż podczas rządów braci, ale z prezydentem Komorowskim w tamtą stronę pójdzie premier, „prowadząc prezydenta za rękę”.

Szczerze pisząc, to wybór Komorowskiego nie zdziwi mnie, bo będzie pasować do polskich warunków, i umówmy się, on nie jest złym kandydatem, nie będzie prezydentem ze słomą w butach, ale będzie on dobry-zwykły, a stoimy przed szansą na kogoś „większego”, szansą, której powrót jest więcej, niż mało prawdopodobny.

 
1 , 2